Miłka i Miłorząb

czyli bajka o niezbyt urodziwym królewiczu

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami, żył sobie stary czarodziej. Całymi nocami odprawiał czary w swojej wieży, ale jako, że był stary, nie szło mu to zbyt dobrze i wciąż popełniał błędy. Wieża była wypełniona skutkami tych pomyłek. A to zasuszona żaba wystawała częściowo z kamiennej ściany, a to słup soli w kącie z kartką przypiętą do podstawy: "Miłka, koniecznie odczarować przed końcem roku 2004..."

Tymczasem, w księstwie leżącym nieopodal, raptem dwie góry w lewo i trzy rzeki wstecz, żył sobie królewicz. Rodzeństwa nie miał, więc cała scheda po rodzicach jemu w udziale miała przypaść. Pewnego dnia, stary król wezwał królewicza do siebie i rzekł: - Synu, ja już stary jestem, tobie też już trzydziestka się zbliża, ruszyłbyś się z zamku i poszukał sobie jakiejś żony. Królewicz się żachnął, za głowę chwycił i odpowiedział: - Ależ tatko, królu nasz i miłościwy panie, przecież dobrze wiesz, że wszystkie dziewice z bliższej i dalszej okolicy przez smoka pożarte zostały, gdzież że ja mam tej żony szukać? - Słyszałem - odparł król - że czarodziej w swej wieży dziewczę przecudnej urody w niewoli trzyma. Spróbuj szczęścia tam, mój synu.

Królewicz niestety nie był zbyt urodziwy, wzrost niepokaźny, buzia obsypana młodzieńczym trądzikiem, nawet służące omijały go z daleka, szepcząc poza jego plecami. Stąd lęk przed dziewicami, szczególnie jeśli taka piękna, to jak on taki nieudacznik stanie przed jej obliczem. Bał się tego śmiechu który słyszy codziennie w nocy przed zaśnięciem. - Ale rozkaz króla to rozkaz, nie można z nim dyskutować- westchnął głęboko nieszczęśliwy młodzian....

Więc dosiadł swego najlepszego dzianeta, rząd wybrał najprzedniejszy aby choć swą ułomność urody przysłonić pięknem zwierzęcia. I tak galopował dni cztery aż stanął gotów pod drzwiami wieży. Lecz o nieba, jakże się zdziwił usłyszawszy iż królewnę najsampierw odczarować trzeba !!! - Czyżby mnie oszukano ? Królewna ze soli, tu kartka z instukcyją ... cóż począć, czy wracać z pustymi rękami ? Wtem głos czarowny usłyszał cichutki: - Młodzieńcze szlachetny nie czas rozmyślać ... czas goni ! - Któż to ośmiela się mnie popędzać - napiął mięśnie pod zbroją - ja wiem lepiej ... odczaruję choćbym sczezł do reszty. - Tak trzeba - rzekł głos - jam jest Twym doradcą i prowadzić Cię będę przez gościńce. Ale strzeż się, tam wiele głosów usłyszysz, które będą chciały skierować Cię z drogi. - Dobrze, lecz mów co mam czynić aby księżniczkę z transu wyswobodzić? - Zbierzesz dla mnie trzy listki z drzewa mądrego abym mógł zrobić miksturę poprawiającą mą pamięć. Przysłużysz się dobrej sprawie i przy tym i ja skorzystam a posag pannie dam najlepszy. Jeśli przypomnę sobie słowa odwracające zaklęcie, datę ślubu wnet będziesz ustalał. - Lecz jak wygląda ów cudo, to drzewo? - Jest to drzewo jedyne w rodzaju, żyjąca skamieniałość. Stoi pomiędzy iglastym a liściastym, łączące ogniwo. Liść przedziwny, jesienią złoty, podobny do otwartego wachlarza. Pędź przez lasy, rzeki i pola ... już czas, już czas bo zima dokoła ... Królewicz z dziwną miną zza furty się wyłania - No nic, ruszam w drogę. Gdzie szukać, gdzie pytać, nic nie wiem ... - Jadąc patrzaj wysoko, na niebo ... Spiął konia ostrogą i ruszył polną drogą ...

Przedzierał się przez lasy, pola i bagna... Na nic, nigdzie cudownego drzewa nie było. Królewicz podróżował na swoim rumaku wiele dni i wiele nocy. Po woli zaczęło dopadać go zmęczenie oraz zwątpienie, że kiedykolwiek poślubi ową cudowną istotę. Zaczął nawet przypuszczać iż prawdziwych dziewic już nie ma. I tak dotarł prawie do samego morza. W pewną księżycową noc usiadł skonany w sosnowym zagajniku i zaczął użalać się nad swym losem. Siedział tak i płakał rzewnymi łzami przez wiele godzin. Nagle usłyszał szum wiatru i cichy, dźwięczny śpiew. Rozejrzał się wokoło, ale mimo iż księżyc dokładnie oświetlał zagajnik, to on niczego nie mógł dojrzeć. Jednak śpiew się nasilał i powoli przechodził w szept... Te dźwięki były tak czarowne i tak słodkie, że królewicz zaczął za nimi podążać. Jego oczom ukazał się widok, jakiego nigdy nie dane mu było oglądać - znalazł się w miejscu porośniętym paprociami, konwaliami, zawilcami. Stał tak i patrzył...

Zza drzew wyłoniła się postać kobiety, tak pięknej że biedny królewicz nie mógł uwierzyć iż to jawa... Na głowie miała wianek z wodnych lilii, za szatę służyły je wodorosty przeplecione krwawnikami i dzwonkami. Kobieta rzekła: - Nie martw się młodzieńcze, nie wszystko stracone. Mamy XXI wiek, a Ty jesteś młody i inteligentny, coś poradzimy na Twoje troski. - Kim jesteś piękna Pani? - zapytał? - Nazywam się Hel, przez stulecia wabiłam biednych rybaków na pokuszenie i śmierć. Ale oni wynaleźli latarnie morskie i na nic moja uroda i mój anielski głos. Od tamtej pory czuję się bardzo samotna, dlatego pomagam czasem ludziom. Pomyśl młodzieńcze, bo rozwiązanie jest proste. Otwórz swój umysł i serce. Po czym Hel zniknęła. Królewicz przypomniał sobie wtedy o swoim ekwipunku, który zabrał z pałacu, wyjął z sakwy laptopa, komórkę i wbił w google "miłorząb"'. Wyskoczyły mu 27 893 wyniki z tym hasłem i 7 razy więcej z ginko biloba. Znalazł cała masę szkółek, które za kilka dukatów sprzedawały owe cudowne drzewo. Nabył kilka okazów przy okazji trafiając na stronę niejakiego Mirzana, który oferował cudownego bratka na pryszcze... Wsiadł na rumaka i pognał dalej...

Mirzan, Mirzan , kołatało mu po głowie, ale bratek teraz najważniejszy, jedna, dwie kuracje i stanę się piękny, choć ze wzrostem dalej będę się borykał, spuściwszy głowę popadł w zadumę. Nagle jego oczy dojrzały olbrzymią plantację wszelkiej pstrokatej roślinności. To musi być tutaj, czyżby szczęście, szczęście go znalazło.... Zsiadł z konia i powoli ruszył dalej, przed jego oczyma zatańczyły sadzawki pełne kolorowych ryb, które mrugały do niego znacząco. Naraz poczuł na swoich plecach surowy wzrok i usłyszał; przecież to zuchwalstwo. Nie zmieszał się jednak wcale, powoli się odwrócił i spojrzał na maleńką, zieloną postać. Zdziwiony młodzieniec ujrzał przed sobą kronopia. "Przecież kronopia nie pokazują się każdemu, tylko famom" - pomyślał zaskoczony. "Jak taki zielony ludzik ma czelność zwracać uwagę mnie, następcy tronu"... Ale kronopio nic sobie nie robiło z księcia tylko zaczęło snuć swoją opowieść o samotnym kwiatku. Młodzieniec słuchał z uwagą. Potem rozejrzał się wokół po czarownym ogrodzie, zobaczył wiele szczęśliwych roślin, które przeżywały tam najcudowniejsze chwile swego życia. Wszystkie roślinki były szczęśliwe, bo mogły napawać się słońcem, wodą i wiatrem, mogły rozwijać swoje korzonki, liście i kwiaty nie męczone ciemną piwnicą ni doniczkami. Wśród nich był mały, niebieski kwiatek (geranium 'Nimbus') wyjątkowo zadowolony z tego iż znalazł się w ogrodzie kronopio. Książe zapytał Nimbusa skąd ta pełnia szczęścia?Nimbus odparł, że ma wyjątkowe zadanie przed sobą: mianowicie cieszyć oczy wielu ludzi. A im bardziej czuje się szczęśliwy tym szybciej się rozrasta...

'Geranium'Nimbus' słyszał o nim opowieści od zakonników Trapistów , jeśli to prawda to Kronopio może być jednym z nich, bo skąd by weszła w posiadanie tak cennej rośliny. Poczekamy na poczęstunek- pomyślał.

Kiedy na stół podano potrawy roślinne bez żadnej okrasy, utwierdził się w przekonaniu że słusznie rozumuje.. Czyli nie jakiś tam bratek Mirzana tylko Geranium 'Nimbus' zrobi z niego pięknego młodzieńca...

Zwid to był , a rozumowanie fałszywe. Zwiódł go głos Kobiety z Góry którą pamiętał mgliście bardzo , otumaniony słynnymi ciastkami z kremem dezinformacji. Zniknęło nagle wszystko , a Książę zamiast w ogrodzie Kronopia, znalazł się w ciemnym lesie. Po pstrokatej roślinności i uczonym mężu Mirzanie takoż śladu nie było. Nadzieje na kurację z bratka sczezły, książę jechał dalej ,co i rusz rozdłubując pryszcze. Beznadziejnie mu jakoś było , pryszcze pękały głośno i ciamkająco ,wyjścia żadnego nie widział. -A miał mi doradzać i nie dać się wodzić po manowcach ten sklerotyk w miłorząb szarpany z wyciszonym głosikiem. Księżniczka Miłka dalej w soli zabalsamowana , żeby jeszcze w tej z Morza Martwego, pół biedy by było, ale skąpidrus czarodziej w krajowe produkty polazł. Kingę pamięta, mumia skamieniała sentymentem przygnieciona! Głosy usłyszał jakoweś , rozglądnął się i zobaczył , że z lasu nie wiedzieć kiedy wyjechał na drogę szeroką , a głosiki należą do dziewek wesołych, przy drodze stojących, w giezłach mocno skąpych i widoków na różne ciekawe szczegóły damskiej anatomii wcale nie broniących. Machały do niego zachęcająco , to i podjechał. Okazało się, że napatoczył się na siostrzyczki wesołe i do uciech skore, Agencja i Bordella im było , uczone w sztuce amorów wielce były ,z urody Księcia nie kpiły.Na życzliwość sióstr niemały wpływ miał widok dzianeta wypasionego, a takoż sakwa z dukatami pełna i zachęcająco pobrzękująca, ale dla lepszego samopoczucia Księcia zostawmy go w przekonaniu ,że głownie jego dzielność i zalety . Nie będziemy się rozwodzić nad szczegółami nauk jakie u wesołych siostrzyczek Książę pobierał, dość rzec , że długo trwały , siostry zasysały dukaty jak nie przymierzając smok wawelski po zakąsce z baranka wodę z Wisły, a papcio Król na naukę syna specjalny podatek musiał nałożyć, chędożnym zwany. O Miłce ,swej wymarzonej, pamiętał wtedy, kiedy papcio sms`y groźne przysyłał, groźbę zakręcenia dopływu dukatów zawierające , a też wyrzuty różne i głupie o obietnicach synka, małżeństwa dotyczących ,przypominające. Na koniec Króla ostateczna cholera trzasnęła i kurek zakręcił. Co miał zrobić nasz biedny Książę ? Wyruszył dalej , na poszukiwanie parszywych listków. Zwabiony zapachem specjału plendzą zwanego, trafił do krainy trawami obsadzonej, do człeka Małym zwanego, przez przekorę chyba. Ów o strasznych potworach Feministkami zwanych opowiedział Księciu wszystko i podał przepis na tarczę złożoną z najczystszych atomów wiedzy i doświadczenia przez wieki przez prawdziwych mężów wykuwaną , a też obdarował saczkiem pancernym, iżby stwory te, strasznie ostatnio rozmnożone i napastliwe wielce, nie rozszarpały mu esencji męskości jak to zwykłe są czynić z jedną częścią odzienia spodniego przytrzymującego to co je od męża górą różni. Dalej opowiedział mu o tez o bliskim pokrewieństwie Miłki z Amazonkami , innymi potwornymi stworami i ostrzegł czym bliższa znajomość z nią grozić może. [...]

Młodzieniec zdawał sobie jednak sprawę, że nie może bezkarnie pozyskać Nimbusa z ogrodu kronopia, bo spotka go klątwa zakonu Trapistów i po trądziku zostaną mu do końca życia okropne dzioby na twarzy... Zmartwiony znów zaczął płakać rzewnymi łzami... Kronopio jak na dobrego duszka przystało poradziło księciu by udał się do ogrodu pewnej królowej storczyków...

Niestety nie odnalazł w ogrodzie Królowej Storczyków Nimbusa. Ta jednak miała dobre serce i podarowała mu kwiat przecudnej urody i poradziła by porzucił troski o swój wygląd. "Uroda ciała przemija, zaś piękno duszy pozostaje na wieki, jeśli owe dziewczę będzie umiało tylko dostrzec Twój trądzik, porzuć myśl o ślubie. Nie warta bowiem ona Twego serca młody człowieku." Książe zamyślił się na słowami Królowej Storczyków, wsiadł na swojego wierzchowca, zapakował kwiat i ginkusie do sakwy i co sił w kopytach ruszyli przed siebie...

Wrócił pod wieżę. Czarownik powitał go z otwartymi ramionami, nakarmił, napoił, na koniec antałek przedniego węgrzyna wyciągnął i pociągnęli obaj z kufli.. Następnego dnia, mimo, że w głowach ich łupało, posadzili drzewka nieopodal. Czarownik zebrał trochę liści, resztki wina przez alembik przepuścił, otrzymaną substancją liście zalał. Czekając, aż dekokt mocy nabierze, a i na pamięć pomoże, rzekł do młodzieńca: - Królewiczu, pod Twoją nieobecność w uczonych księgach znalazłem, iż po odczarowaniu panny, dekokt jej podać trzeba. Dekokt ten z ziół przy wieży rosnących przygotuję, jeno mały problem jest... - Jaki problem? - zaciekawił się królewicz. - Bo widzisz - odparł czarownik - prócz zielska potrzebne są cztery łuski ze smoczego ogona.. - Smoczego ogona?! Jak ja mam smoka zabić, skoro on postrach na całą okolicę sieje? - Co prawda smok dziewice pożera, tak przynajmniej wieść gminna niesie, ale tobie, królewiczu, z mieczem i w zbroi się nie oprze. Bez smoczego ogona ani rusz, dziewkę odczaruję, ale co potem?

Rad nierad zebrał się książę w sobie, tobołek do siodła przytroczył i udał się na poszukiwanie smoka. Jechał dni trzy, przemierzał bory i lasy, rozpytując napotkanych wieśniaków o smoka. Wszyscy truchleli na to słowo, ale też pokazywali w jednym kierunku - za siebie. Jechał królewicz wytrwale, aż dotarł w teren górzysty. U stóp jednej z gór zobaczył jaskinię wielką, nad którą ktoś niewprawną ręką napisał ,,Smocza jama''. - Ha, niewątpliwie tu smok rezyduje -- pomyślał królewicz. Wyciągnę go na ubitą ziemię i tam zatłukę, co się będę po norach jakich włóczył, jeszcze w coś śmierdzącego wdepnę.. Podjechał tedy królewicz bliżej, staną w strzemionach i zakrzyczał: - Hej, ty, smoku, wyjdź no na ubitą ziemię! Z początku nic się nie działo. Królewicz już miał okrzyk powtórzyć, gdy nagle koń zaczął się narowić, a zza pleców młodzieńca rozległo się krótkie: - Czego?! Młodzian konia odwrócił i z przerażeniem zobaczył, że smok już przed nim stoi. Wielki był, jak na smoka przystało, łuską pokryty, na skrzydłach skóra jakby zamszowa.. Ogon smoczy, cel wędrówki królewicza, długi był i kręty.

Smok tymczasem pomiarkowawszy, że z królewiczem ma do czynienia z nogi na nogę przestąpił i spytał raz jeszcze: - Czego jaśnie pan królewicz sobie życzy? Otrząsnął się rycerz ze zdumienia i rzekł: - Stawaj do boju, smoku jeden ty, pożeraczu dziewic! Zabiję, utłukę, posiekam! Skończy się twoje raptusowanie. Uwolnię okolicę od ciebie, za rycerza wielkiego będę robił a i lud mnie będzie kochał i uwielbiał. A z Twego ogona wywar zrobię. Stawaj, mówię! - Zaraz, zaraz! Jakie znowu raptusowanie? - oburzył się smok - No, jak to, mówią, że dziewice porywasz i pożerasz. Stawaj do boju! - Dziewice? Nie powiem, kiedyś, za młodu, zdarzyło się parę razy, ale wiesz, jaki to z nimi kłopot? Na początku miłe to i grzeczne, ale z czasem, różki rosną: a to błyskotek chce, a to nowej sukni, a to tego, a to tamtego.. Teraz mam jedną, jak skarbem się opiekuję, i mi starczy.. - To ty ich nie pożerałeś? - zapytał zdumiony królewicz. - Pożerać? Dziewice? Zgłupiałeś? Ups, przepraszam, chciałem zapytać, czy nikt nie uświadomił pana królewicza co się z dziewicami robi? - No.. Nie wiem.. Niania mi mówiła, że wszystkie ty pożerasz.. Zaraz, a skoro nie ty, to gdzie się podziały? W całym królestwie nie uświadczysz. - Ten, tego - odparł smok. Dorośniesz, to może zrozumiesz. A ty jeszcze coś o moim ogonie mówiłeś. Mógłbyś wyjaśnić o co chodzi? - Aaa, tak, potrzebuję czterech łusek ze smoczego ogona, by czarownikowi zawieźć. On z nich jakiś wywar ma przygotować by mojej lubej podać. - Wywar? Ze smoczego ogona?! Wszystko się temu staremu dziadu pokiełbasiło.. Nie ze smoczego ogona a ze złotej rybki, co trzy życzenia spełnia. No nic, widzę, że muszę sam się do starucha wybrać. Ale, ale, ty chciałeś ze mną walczyć.. - Eeee - zająknął się królewicz -- wiesz, skoro tak się sprawy mają, to ochota do walki mi przeszła. Pojedźmy razem do czarownika, raźniej będzie w kompanii. I pojechali.

I jechali tak ze dni cztery, aż w końcu zgłodnieli. - Stańmy na tej polanie, koń mój znużony a i Tobie odpocząć wypada. Siądź, a ja rozejrzę się za jadłem jakim, Ty zaś rozpal ogień. Smok raz ogonem zamiótł z kopczyka suchmielców ognisko utworzył. Kichnął, prychnął ogień buchnął wysoki. - Pójdę nazbierać sobie korzonków ... nie wypada abym przy królewiczu stado cieląt połknął. Za ten czas książę wrócił z polowania, trzy kuropatwy, bażant, kilka plastrów miodu. - To się ucieszy smoczydło kochane, choć wiem że to jakby nic, On więcej pożreć potrafi.

Tak oto czaili się przed sobą, jeden w tę drugi w tamte, aż w końcu usiedli. Pojedli porządnie, popili, pośmiali ... aż nić sympatii poczuli.

- Powiedz mi smoku kochany, ale tak prawdziwie ... coś Ty z tymi dziewicami robił w pieczarze ... - No jak to, Ty nie wiesz ... przecież hajtać chcesz się z białogłową ... - Widzisz no smoku, przez te moje braki urody nie miałem zbyt dużo dziewczyn. Stroniłem ja od nich, choć śmiechy perliste zawsze były mi bliskie. - Tak to biedaku, dziewczyny potrafią być przykre, tym bardziej jeśli nie potrafisz przy nich niczem zabłysnąć. Ogłada i taniec na nie wiele się przyda jeśli władać językiem francuskim nie umiesz. - Więc francuski powiadasz za mnie wszystko zrobi ??? - Tak chłopcze, język ten złamie wszystkie Twoje sługi ... Oddalił się przeto młodzieniec na drogę, od napoju ciążącego mu pęcherz raczył opróżnić. Stanął w rozkroku i tak duma ... - Hmm, dziwny ten stwór smoczy, ale widocznie dobra jest jego rada. Światowcem stać się już trzeba, fryzurę żelem postawić, dżinsy modne kupić. Zaraz po powrocie francuski szlifować ... pewnie w karczmie znajdę belfra, ten mnie tego nauczy.

Rankiem, łeb go od piwa rozbolał. - Wskocz mój królewiczu do wody, przepłyń jezioro parę razy a ból minie. Zdjął chłopiec przyodziewek krótki, w bokserkach przybrał pozę, ciało swe blade już nad wodą zobaczył lecz coś zachlupotało w szuwarach. Rzucił się szybko w tę stronę, dał nura pod wodę. Chwycił obiema rękami rybkę malutką w błyszczącej złotej łusce. - Mam Cię, mam ją ... smoku drogi !!!

Smok spojrzał w stronę królewicza z wielką radością, zwinnym ruchem jak na ogromną smoczą wagę podbiegł do królewicza i zabrał mu złotą rybkę, w mgnieniu oka rybka znalazła się w żołądku smoka. Nagle zawirował wiatr, pociemniało, czarna łuna ukazała się nad wodą, fale zawirowały ocierając się o siebie i taki był skowyt że wszystkie ptaki i białe żaby umilkły. Wtem zrobiła się ogromna cisza, królewicz słyszał bicie swego serca, bał się poruszyć, perlisty pot zalewał mu oczy, szkła kontaktowe były zaparowane, chciał przynaglić czas do pośpiechu. Trzęsąc się jak liść osiki podniósł wzrok i zobaczył przed sobą niewysokiego młodzika z trądzikiem na twarzy, urody raczej nie olśniewającej. -Jam Twój brat bliźniak- oznajmił...

A toś chłopie wpadł - pomyślał młodzieniec - trudny obrót sprawy. Gdzie ja znajdę drugą złotą rybkę ... pieron jasny - zaklął szpetnie. Naraz brat bliźniak zbladł, w brzuchu mu zaburczało, zgiął się w pół, przykucnął, to znów wyprostował, ruszył biegiem przed siebie. I wpadł w krzaki, pod drodze zza pazuchy wyciągnął rolkę papieru. No tak - myśli nasz bohater - jako smok najadł się sporo, pewnie jednak nie jedna panienka zalega mu trzewia. Czeka, czeka na brata bliźniaka, doczekać się nie może. Ruszył więc tędy sam w drogę ... Zaraz ... zaraz a moja rybka, zdobyć ją muszę, może tak razem z niewinnymi i ona na świat wyszła po trosze !!! Wrócił się po nią, po drodze znalazł woreczek foliowy. W krzakach już brat się uporał i razem rybeńkę w folijkę zapakował. - Choć bracie, wskakuj ze mną na konia. Ojciec nasz stary gębę swą naszym widokiem uciesze !!!

Niestety rybka zdawać się martwą była. Co nam z takiej rybki, pomyślał zatroskany młodzian. Przypomniał sobie tedy opowieści swej stareńkiej babuni o wiedźmie mieszkającej na wieży, która różne cudowne zaklęcia znała. No nic, naradzili się bracia i dalejże ruszać w drogę...

Wędrowali tak i wędrowali, aż strudzeni mocno dotarli do chatki z zielonym dachem i drewnianym gankiem. Obu ich strach obleciał, trzęsawica mocna dopadła gdyż o okrucieństwie wiedźmy legendy krążyły po całej okolicy. Cóż jednak było robić? Zakołatali do furtki, ale na nic - powitały ich tylko miauczenia kotów. Nieśmiało przekroczyli więc bramy ogrodu.

Oczom ich ukazał się widok nieziemski, piękno roślin prostych, brukowane ścieżynki, łany paproci, mięciutkie liście hortensji, całe rabaty obrośnięte ziołami. Każda roślinka i każdy kamyczek wydawały się mieć tutaj swoje miejsce. " To faktycznie musi być niezła czarownica, skoro ktoś tak mało wrażliwy na piękno jak ja w zachwytach ustać nie może" przemknęło przez głowę jednemu z braci. Wtem z okienka na wieży rozległ się krzyk: -czego tu, żule jedne? -My, hmm, ukm, ten, tego, tamtego... zaczęli jąkać się bracia. Wiedźma zeszła do ogrodu, popatrzyła na nieboraków i powiedziała: TiWi jestem. Popatrzyła na nieboraków, nakarmiła, napoiła a potem wysłuchała cierpliwie opowieści bliźniaków. - Cóż moi drodzy chłopcy, trzeba znaleźć jakieś wyjście. Znam jedno zaklęcie, ale do niego potrzebne jest ziele, które rośnie u Czerwonowłosej. To daleka droga... Wiedźma się zamyśliła i zniknęła w czeluściach swej chatki... Bracia wciąż zaskoczeni na ganeczku siedzieli, uroki ogrodu kontemplując zastanawiali się co ich może jeszcze spotkać? I co im podstępna wiedźma szykuje? Jakież było ich zaskoczenie gdy wiedźma wróciła z kagankiem w jednej ręce i dobrami spożywczymi, tudzież termosem najlepszej kawy w drugiej. O jakże mocno przesadzone były opowieści babuni, któż śmiał takie wstrętne androny o TiWi opowiadać? Toż to anioł o gołębim sercu - pomyśleli bracia. - To nie jest zwykły kaganek, to czarowna lampa jedyna w swoim rodzaju, która wskaże Wam drogę do Czerwonowłosej, daleka droga przed Wami a czas nagli - tymi słowy pożegnała szlachetna TiWi młodzieńców...

Ruszyli raźnie, zaczarowany kaganek oświaty niosąc przed sobą. Nie minęło dobrze pięć kwadransów, a złota rybka przestała działać, szastnęło, prasnęło i cudem odnaleziony brat bliźniak powrócił do smoczej postaci. Zmarszczył się na to królewicz, ale cóż było robić. Rzekł ino: - Jako smok co prawda urodziwszy jesteś ale i potężniejszy, niech tak już zostanie, bo to droga niepewna, złoczyńców w razie czego przegonisz a i ogień jakby łatwiej potrafisz rozpalić.. Podróżowali w milczeniu, przyglądając się polom, lasom i z rzadka rozrzuconym zagrodom. Jedna szczególnie wpadła im w oko, z dala widoczna, chałupka z bielonymi ścianami. Nad stawem dziewka krasna stała, fatałaszki piorąc. Poczęli się zbliżać do zagrody coby zapasy uzupełnić, na ich widok jednak dziewka krzyk podniosła i do chałupy umknęła. Zdziwili się obaj, nie chcąc popłochu wśród wieśniaków wzbudzać, wrócili na szlak. Szli, szli, królewicz czoło marszczył, za brodę chwytał. Widzi smok, że coś gryzie jego nowego przyjaciela, więc pyta: - Czymże się tak martwisz, Królewiczu? - A, bo widzisz.. Zastanawiam się.. - Tak? - zagadnął smok. - Zastanawiam się, gdzie podziewają się te dziewice.. Skoro ty ich nie zjadasz. To przecież ktoś musi.. - A co ty ciągle z tym pożeraniem dziewic?! - No, bo tak niania mówiła.. - I ty, bądź co bądź, królewicz, dajesz posłuch temu, co gmin plecie? - No, nie tylko gmin, tatko, król znaczy się, też tak mówił.. - A co miał ci powiedzieć? - zdumiał się smok. Korzysta z prawa pierwszej nocy, to co ma później mówić? - No, ale dziewic w królestwie nie ma - czepił się jak rzep psiego ogona królewicz. - Nie ma, nie ma.. A niby skąd mają być, skoro im od najmłodszych lat tylko jedno w głowie? A zresztą, będziesz starszy, królewiczu, to zrozumiesz. - Starszy? Starszy? - zdumiał się królewicz. - Przecież mnie już trzydziestka na karku. A w ogóle, to przestań z tym królewiczem. Zenek jestem. Tu wyciągnął królewicz prawicę do smoka.

I tak w całkiem niezłej komitywie ruszyli na poszukiwania ogrodu Czerwonowłosej. Gnali rumaka co sił w ostrogach, ale pod ciężarem smoka nawet silny wierzchowiec tracił dech w piersiach. Podróżowali tak po pięknej krainie, przemierzali pagórki i dolinki w buczyny ustrojone... Pięknem monstrualnych świerków się zachwycali. I tak ich zmrok zaskoczył...

Pobłądzili biedaczyska wśród owych lasów i rzek. Wtem sobie książę przypomniał o kaganku - czarodziejskiej lampie, którą podarowała im TiWi. Smok ogniem zionął i cudowna lampa zapaliła się milionem kolorów, oświetliła im leśne ścieżki. Nogi same ich niosły przed siebie. Wtem poczuli woń lilii, która unosiła się wokół. Podążyli za nią i dotarli do strumyka. Ostatkiem sił przedarli się przez mostek mchem porośnięty. Byliby na nim padli gdyby nie ogień, tańce, śpiewy i rożne dziwne odgłosy zza drzew dochodzące. Podeszli bliżej i oczom ich ukazał się dziwaczny widok: płonące ognie a wokół nich tłumek wgapiony w jakieś skrzyneczki, pojemniczki... Te błyski w oczach, te chciwe spojrzenia na zwykłe zielsko... Hmm... smok począł intensywnie myśleć, w końcu ostanie dwie szare komórki mu się zderzyły: - Toż to zlot pl.rec.ogrody albo jakiś inny sabat!!! Księciu jednak wszystko jedno było - dojrzał stół zastawiony jadłem i napitkami - cóż skoro prawdziwych dziewic już nie ma, to do czego mam się spieszyć i dlaczego mam sobie odmawiać przyjemności? - pomyślał rezolutny młodzian. Usiadł przy stole i zaczął kosztować, to keksu, to bigosu, to sałatki... Ale jednak najbardziej rozsmakował się w serniku, ten smak taki znajomy a jakże inny. 'W tym coś musi być' - pomyślał książę. Jadł, jadł... I poczuł nagle, że jego twarz powoli staje się gładka, coraz gładsza...

Przyglądał się temu pewien tajemniczy człowiek odziany w czarną pelerynę, niejaki Don Luciano...

Don Luciano to postać zagadkowa, powiadają że duszę zaprzedał diabłu, nacechowany jest diabelską siłą zrażania sobie ludzi. Diaboliczny śmiech i diable szczęście nie opuszczają go nigdy. Jego praca zatytułowana "Jasne chwile wśród mroku" budziła podziw Magów całego świata. Głosem donośnym rzekł: -Natura domaga się praw swoich..

Znany był to rozpustnik i stary frywolnik. Znał wszystkie dziewki lekkich obyczajów prawie w każdym państwie. Urody chłop ten był przedniej, nie dziw że żadna nie mogła oprzeć się jego woli. - Słuchaj skarbie - rzecze do młodziana w tej chwili - coś poradzę ja tobie na słabości chwile. Dam Ci książeczkę, romansik jakich wiele aczkolwiek ten jedyny w rodzaju. - Cóż to takiego będzie tym razem - w głowę zachodzi młodzieniec - pokaż, czy to będzie świerszczyk czy inne gazetowe śmiecie ?? - Nie nie, mój aniele - Dom Luciano zamachnął płaszczykiem - to świętość w pewnych krajach. Patrzaj oto ona jest, Kamasutrą ją zwą, czytaj i ucz się a dziewki padać Ci będą do stóp. Chłopiec wyciągnął drżącą rękę ku księdze, przewertował kilka kartek. - O mój Boże - krzyknął oblawszy się rumieńcem - olala ! Oddalił się z książeczką do alkowy namiotu. Za nim zaraz podreptał smok, lecz tamten zazdrośnie kotary zasłonę szarpną i znikł.

W tym czasie smok zza drzew pobliskich chciwie wpatrywał się w rozbawione towarzystwo i żałość tak wielka go ogarnęła, że z oczu poczęły płynąć łzy wielkie i smoczym zwyczajem opadać na ziemię, a tam zmieniać się w "dracena sanderiana" zwaną w szwabskim kraju rośliną zielonego smoka...To jeszcze bardziej rozżaliło smoka, myśl jego podążała takim torem: oto nigdzie nie przynależę, przy stole się nie zmieszczę, a nawet gdybym spróbował to wpierw wszyscy goście z przerażenia dyla dadzą, a i mnie się to na nic nie zda , bo sernikiem się brzydzę, a od chleba zęby mnie bolą...i smok ze mnie żaden, bo gdybym ja prawdziwą krew smoczą w sobie nosił z moich łez wyrastałyby królewskie orchidee o kwiatach fioletowo-białych "king dragon" jak na smoka prawdziwego przystało...I uniósł łeb wysoko ku krągłej w pełni tarczy księżyca i wydał z siebie ryk tak żałosny, że wino w kubkach gości ucztujących pokwaśniało. Pokwaśniało, zapieniło się, kolor na złoty zmieniło. Od tamtej pory napojem tym żakowie się napawają, zwą go zemstą smoka tudzież piwem vel browarem... Zapach okropny ten złoty trunek po okolicy rozsiewa, tak srogi, że wszystkie dziewice precz uciekają... -Ile bym dał aby stać się znów normalnym człowiekiem, duszę bym diabłu zaprzedał.

Naraz facecik w czerni przy nim stanął. - Mówiłeś coś do mnie smoku? - Ach to Ty Don Luciano, myślałem że mnie nie widać tak staram się cicho tu siedzieć. - E tam stary - klepnął smoka w plecy - Mogłem się domyślać że siedzisz tutaj niedaleko, tak wszędzie czuć siarkowym wyziewem. Ale mam radę dla Ciebie, mógłbyś zamienić się z bratem w tym poszukiwania dziele. - Co Ty buntowniku - wzdrygnął się smok na te słowa - co Ty mi radzisz, to prawie jak moja połowa ! - Wierzysz w baje, przecież gdyby nie zrządzenie losu, on mógłby być na Twoim miejscu a nie kilka razy uciekać ze stosu. Mówię Ci w tym jedyna rada, pomyśl jak jego zamienić teraz w gada !!! Mówiąc to tupnął nogą aż pył wzniecił. Zakręcił się na lewej pięcie podając smokowi czarodziejskie zaklęcie : - Słuchaj głupolu, stań choć raz na wysokości zadania, poczekaj chwilę i dopadnij drania. Wsyp mu kilka szczypt do piwa proszku z kartki przeczytaj słowa a zniknie na czas pewien Twoja gorsza połowa ! Nie będę już dalej dla Ciebie trwonił słowa ... zakrył się peleryną i zniknął jak przybył ... bez słowa.

Ale w smoku drzemały jeszcze smocze uczucia, jak to, brata tak skrzywdzić nie uchodzi. Ale słów zaklęcia na pamięć nauczyć się nie zaszkodzi. Kiedy tak dumał co zrobić, ciężki kolorowy dzięcioł, łażąc z góry na dół po srebrnej pachnącej lipie pedantycznie i równo wybijał takt zaklęcia swoim dziobem. Oniemiały wilgi, umilkły kosy, w tym zaklęciu była jakaś niewytłumaczalna groźba, czyżby jakaś zemsta Don Luciano....

Kiedy dzięcioł wystukał alfabetem Morse'a ostatnie słowo zaklęcia, smok poczuł, że coś się dzieje. Tak, tak, znów Don Luciano w swojej przewrotności wykręcił kota ogonem. A właściwie wykręcił smoka ogonem, bo oto zamiast żeby królewicz w smoka, smok zamienił się znowu w królewiczowego brata. Ale ex-smok nie zmartwił się tym zbytnio, a królewicz wręcz ucieszył. - Witaj, bracie! - wykrzyknął.

Zaczęli wiec wędrować razem w swoich nieustających poszukiwaniach, lecz cóż to? Nie minęło kilka godzin, a brat znów się w smoka przemienia! Zasmucił się królewicz. Ale że od samego smucenia się nic się nie poprawi, poszedł po rozum do głowy, wyciągnął swojego laptopa, połączył się z Internetem przez satelitę i wpisał w Google "smocze przemiany". Dostał prawie 300 wyników, więc spróbował jeszcze raz, ujmując szukane wyrażenie w cudzysłów. Tym razem łatwo odszukał stronę http://republika.pl/smokowisko/, gdzie znalazł potrzebną mu informację. "Postać smocza wybitnie stabilną jest. Odsmoczony smok ulega ponownemu zesmoczeniu po 3 godzinach, 14 minutach i 15 sekundach. Jedyną metodą otrzymania trwałej kopii postaci odsmoczonej jest jej sklonowanie." A więc jednak będzie mógł mieć na stałe brata i to w dodatku nie tracąc smoka! "I Grzegorz syty i Bogusław cały" - jak mówi stare chińskie przysłowie.

Znalazł więc szybko w internecie adres najbliższego punktu klonowania i razem ze smokiem raźno ruszyli w tamtą stronę. Gdy zbliżali się do poszukiwanej chatki pod lasem, z wielkim szyldem "Gminny Punkt Klonowania" na froncie, rozległ się z niej przeraźliwy pisk. Z chatki wybiegł kloniarz i jął podróżnych przepraszać. - To mój wykrywacz smoków, czy jak go za wielką wodą nazywają, smoke detector. Co smoka wykryje to piszczy. A co waszmościów do mnie sprowadza? Podróżni objaśnili o co im chodzi. Smok wypowiedział zaklęcie, ciesząc się, że wrodzona skleroza nie wymazała mu go jeszcze z pamięci i przemienił się po raz trzeci w brata królewicza. Kloniarz go sklonował jak mógł najszybciej i po 3 godzinach 14 minutach i 15 sekundach cała trójka - smok i dwóch braci - wyruszyła w dalszą wędrówkę...

Tak kompania to już jest coś - pomyślał królewicz, ale jak będziemy podróżować w trójkę na jednym ogierze? Dno sakwy też już pustkami świeci. Usiedli, naradzili się - co trzy głowy to nie jedna. Udali się na pobliski targ i sprzedali jednemu z wieśniaków swego konia. Jednak dukatów wciąż było mało... Królewicz wbił w przeglądarkę http://www.allegro.pl/ i umieścił ogłoszenie: lekko zużytą zbroję szybko sprzedam - nick królewicz. Ponieważ aukcja odbyła się z opcją kup teraz błyskawicznie dokonali transakcji. Sakiewka powoli zaczęła się napełniać dukatami. Smok wraz z królewiczem ruszyli za drogowskazem z wielkim napisem "Balice" - bez trudu odleźli plac zapełniony mechanicznymi rumakami, w tle słychać było ich ciche, niebiańskie pomruki. W końcu znaleźli chyba to czego szukali, wielkiego lśniącego, czarnego ogiera z napędem na cztery koła o mocy 150 KM.

W tym czasie lekko znudzony brat - klon jął się przeglądać w tafli wody i jakież było jego zdziwienie - ujrzał młodziana zupełnie różnego wyglądem od swego brata - królewicza. Zobaczył przystojnego, wysokiego i silnego mężczyznę o ogorzałej od słońca twarzy bez śladów pryszczy. Coś się staremu kloniarzowi pomieszało, pomyślał brat. "Lustereczko, lustereczko powiedz przecie..." przypomniała mu się bajka opowiadana przez babunię. Jedno tylko przez myśl mu nie przeszło, iż kloniarz nie tylko pozbawił go paskudnego podobieństwa w wyglądzie ale także nie obdarzył go łagodnym charakterem królewicza. No, no... kombinował dalej klon, z taką aparycją, z taka inteligencją i z takim poczuciem humoru to żadna mi się nie oprze. Po co mi jakieś dziewice niewinne, chodzić koło tego trzeba, kwiatki nosić, niezły makaron na uszy nawijać... Siedział tak na kamieniu i rozmyślał. Młody już nie jestem, czasu za wiele nie mam. Trza by się rozejrzeć za jakąś przednią rozrywką. Wino, kobiety i śpiew... Tego mi do szczęścia potrzeba. Przypomniało mu się tedy, że na wschodzie krainy żył człowiek - znawca, rzec można koneser pięknych niewiast... Może tam znajdę to czego szukam? Tymczasem smok z królewiczem powrócili nowym rumakiem. Klon podzielił się z nimi swym pomysłem. Oczy im zabłysły, gęby się zaśmiały i w te pędy ile fabryka dała kompania ruszyła dalej...

Jadą tak i jadą ile fabryka dała koni, dojechali do zapuszczonego ogrodu, w którym chwaściska przerosły nawet olbrzymie drzewa .Szkoda kiedyś musiał być to piękny ogród ,kto dopuścił do takiego stanu upadku? Zaczęli zwiedzać ogród i oglądać zapuszczone rośliny i spotkali staruszka z długą do ziemi brodą. -Co tu robicie paniczkowie ?- spytał staruszek. -Szukamy cudownego sposobu na odczarowanie z zaklęcia ,jakie ciąży na nas od wieków. -Jest jeden sposób. ;Musicie dotrzeć do wszystkich ogrodników pl,rec.ogrody i każdy musi obdarować Was najukochańszą swoją roślinką, ale Wy musicie odwzajemnić się i obdarować ich taką, której poszukują. Wszystkie pozyskane roślinki dostarczycie do mojego ogrodu posadzicie i zaczniecie pielęgnować ,dzięki wam ogród ożyje a z Was zaklęcie opuści. -Ale czy będą chcieli, przecież to ich ukochane roślinki? -Dlatego najpierw musicie obdarować by być obdarowanym Podziękowali staruszkowi i wyruszyli na poszukiwania ogrodników.

Żeby wiedzieć co w trawie piszczy, słyszeć jak trawa rośnie, należało znaleźć miłośnika tych egzotów, który trawił najlepsze swe lata na poszukiwanie ulubionych ździebeł. Radośnie maszerując śpiewali ulubioną piosenkę 'Wiatr kołysał żółte ździebła traw'. Jedyną wskazówką co do dalszego postępowania było zdjęcie trawy zatytułowane, 'Wyłoniona z traw' z komentarzem czarodziejki Marty.. "Wpatrując się w zdjęcie widzę kobietę, która się schyla. Jednak dla mnie najważniejsza jest tutaj ulotna chwila, ten moment kiedy trawy się poruszyły, niezauważalna dla nikogo innego tylko dla mnie. Jest w tym zdjęciu jakiś spokój i niepokój jednocześnie, nie umiem tego wytłumaczyć. Piękno traw, którego nie da się ująć w słowa. Tę cisze zakłóca tło, rozmyte jakby coś działo się z tyłu, toczyło się życie." Jak przeanalizować ten komentarz, co Czarodziejka Marta miała na myśli, rozwiązanie będzie narzędziem do odczarowania Miłki, za którą Wszyscy już tęsknili...

Jednak zadanie to wydało im się zbyt żmudne, poza tym nakłonienie ogrodników do oddania najcenniejszych roślin wydawało się być nierealne. Udali się do Knajpy Tuż Za Rogiem, zamówili Żubra i jęli się zastanawiać. Po pewnym czasie wykazujący dziwne ożywienie, wręcz podniecenie klon królewicza wyrzucił z siebie: - Głosowanie!!!... Proponuję głosowanie. Na jego czole zagościł jakże znajomy mars znamionujący gwałtowne zderzanie się czynników myślotwórczych aż do bulgotania włącznie: - Znamy trzy metody głosowania: pierwsza - mamy kulki białe i czerwone, tzn. czarne i białe, czarne na tak, białe na nie albo odwrotnie, białe na tak a czerwone na nie. Metoda druga: przez podniesienie ręki. Metoda trzecia: przez oddanie głosu na pl.rec.ogrody. Trzecia metoda wydaje mi się w tym wypadku najdoskonalsza. W tym momencie odezwał się mocno zatroskany smok: - No ale jaką metodą wybierzemy metodę głosowania?

Obudził ich przejmujący chłód jesiennego poranka. Królewicz leżał skulony pod krzakiem trzmieliny, bezskutecznie usiłując naciągnąć na okolice nerki przykrótkie poły przyodziewy, opodal pod jakimś wykrotem smok ogonem nerwowo nagarnął na siebie sterty złocistych liści. Oprócz nich na polanie nie było żywej duszy. Tylko ciemne kształty powykręcanych iglaków jawiły się we mgle jak ludzkie postacie w milczącym tańcu. Spojrzeli na siebie w tym samym momencie. - Zenek... - odezwał się niepewnie smok - co się z nami stało? - Hep!.. nie wiem... piliśmy coś? Dziwne rzeczy mi się śniły. Że trzeciego brata miałem... wierzchowca stalowego, co nas wszystkich trzech w niebo uniósł... i księga jakowaś zamorska tam była... - Kurczę, tobie też?! Spoili nas, narkotykiem jakimś nafaszerowali? Tylko kto? Kto tu był w nocy? Czy to nam się też przyśniło? - smok jeszcze energiczniej śmajtnął łuskowatym ogonem. Kilka łusek nie wytrzymało napięcia, wybrało wolność unosząc się z wiatrem i suchymi liśćmi.

Królewicz zerwał się spod krzaka, rozejrzał wokoło. - Spójrz, ślady uczty zostały. Zatarte skrzętnie, ale wprawne oko je dostrzeże - mówiąc to zbliżył się do smoka i udając że wiąże buty ukradkiem schował do kieszeni kilka smoczych łusek . "Przesąd przesądem" - pomyślał -" ale nuż się okażą potrzebne? Tyle dziwnych rzeczy już się wydarzyło, że i w smocze łuski gotowym uwierzyć. W końcu po to ta cała wyprawa, żeby Miłkę odczarować" - a głośno powiedział - ech, ależ ten sernik był świetny... - Ty, Zenek, niech mnie wszystkie łuski z ogona spadną! Toż ty pryszczy nie masz! Ani jednego! Niech mnie żaby na śmierć zachędożą! Gładkiś jak niemowlę!

- Zachędożą? - zdziwił się królewicz. - Co znaczy: zachędożą? - Eee, ten, tego.. - zaczął niepewnie smok. - Moment, gdzie jest ten twój przyszywany bliźniak? W tym samym momencie coś poruszyło się opodal pod klonem. Patrzą, a to klon królewicza spod klona wyłazi, źdźbła traw i liście z włosów wyczesując. Rozejrzał się półprzytomnie wokół i pyta: - Cholera, jak ja się nazywam? Gdzie ja jestem? Chwilę zajęło królewiczowi wytłumaczenie całej sytuacji. Uśmiech powrócił na oblicze klona, pacnął się ręką w czółko i zakrzyknął: - Aaa, pamiętam, teraz wszystko pamiętam. Jechaliśmy na wschód, gdzie wino, kobiety i śpiew. To co, śniadanie jakieś i ruszamy dalej? Zenkowi uśmiech się poszerzył na te słowa, ale jakoś tak niepewnie z nogi na nogę przestępuje. Spostrzegł to Klon i pyta: - A tobie, Zenek, co się stało? Siku chcesz? - Eee, nie - odparł Zenek - o ile wino i śpiew rozumiem, ale nie mam pojęcia co z tymi kobietami. Za żony mamy je sobie wziąć, czy jak? Na mnie już Miłka czeka, zaczarowana, ale zawsze. - To tobie nikt do tej pory nie powiedział? - zdziwił się Klon. - Miłkę miłuj sobie, a póki co, ruszamy, wszystkiego dowiesz się na miejscu. Tymczasem smok węzełek sobie zawiązał, a w nim gomółkę sera, bukłak wina i kilka czerwonych jabłek z drzewa, które przy drodze rosło. Podszedł do młodzieńców i rzekł: - No, już dalej poradzicie sobie beze mnie. Wracam w rodzinne strony, smoczym skarbem się opiekować. - Jakże to?! - zakrzyknął królewicz. - A wino? A kobiety? A śpiew? - Wino - odpał smok - mam ze sobą. Kobiety? Lata już nie te, jak ci już mówiłem mam swoją i starczy. A śpiew? A śpiew, może być. I począł nucić na swojską melodię pieśń zasłyszaną gdzieś, kiedyś: Einmal Medschien hat szpaciren Grunne Wald heraus, haj ho Und zi trefen Stumbanfurrer Mit dejm Pancerfaust.. - No to trzymajta się, chłopy, i do rychłego - rzekł smok i udał się w swoją drogę.

- He_he - powiedział Don Luciano i zatarł z uciechy dłonie, ja was do pracy szybciej nakłonię. - Czas nam wstawać, ruszać w drogę ! Królewicz strzepnął spodnie. Chwycił kluczyki, włożył w stacyjkę a tu motor nic, jeno zachłysnął się i umilkł. - O cholera, który najszybciej skoczy po benzynę ?! - Ja, krzyknął Smok, ja polecę. Don Luciano był szybszy, już w dystrybutorach namieszał. Zlał, przelał i paliwa lotnego dowalił. Smok poleciał, w dziób pistolet wsadził, nabrał paliwa aż z pod ogona poszła mu chmura siwa. Nad lasem zakręcił, słyszał że ta droga chyża, pośpieszył się pieron jak nic mu zależy. - Już jestem, już daję - z gardzieli się bełkot dobywa. Przystawił tą mordę do baku, popłynęła gęsta oliwa. - Jesteśmy uratowani, siadajcie kochani !!! Siedli wraz trójką, motor zapuścili, aż im maszyna spod tyłków puściła czarnego dyma. Brum, brum, zawarczała maszyna, sprzęgło puścił, poleciała w górę niczym po szynach ....

A tym czasem, za kilkoma rzekami, za lasem w pustej wieży co wiatr w niej hula takie cuda się dzieją ... - Oj ja nieszczęśliwa, ja bidula, nikt mnie odczarować nie chce. Twarda ma głowa i ciężka od soli, a gdyby nie to sama bym coś rozczarowała. A tak, muszę tu sterczeć jak na boletusowym kazaniu, ciągle w tym samym ubraniu. Bo tak to jest, puścić chłopów bezkarnie a polecą na łeb na szyję, tylko uciechy im w głowie, a ja sterczę tutaj i robię za pająków rusztowanie. Naraz wiatr się zerwał w komnacie, liści z prawa na lewo przerzucił. Głos ten co księciu poradził co robić teraz się znów ujawnił. - Nie płacz dziewczyno, na nic się to zda. Zbyt mało ich aby roztopić skorupę. - To co mam poradzić jak taki obrót się sprawy mają? Podnieś wysokość mego posagu a wnet księciów grupka się zbierze. - Wystarczy Ci tych śmiałków, tylko wierzyć im trzeba że kiedyś się opamiętają i wrócić im będzie trzeba. - Ale ja stoję i stoję, już mi trzeszczy w stawach gdy tymczasem oni przebierają w pachnących strawach ... - Widać musimy przedsięwziąć jakieś konkretne kroki, wiesz co królewno zamienię ich wszystkich w smoki !!! - Oj nie, tylko nie to, wtedy zgubisz nas wszystkich i nikt odczarować już nie zdoła, lepiej pozbądź się jednego z nich tego największego matoła !!! - Który to matoł - zadziwił się Głos srodze - ten klon li bohater tudzież smok zielony ? - Klona zostaw, on jedyny posiadł to co kobiecie potrzeba ... Naślij na niego znów Don Luciana, ten mu zalezie za skórę ...

Żal się czarnoksiężnikowi dziewczyny zrobiło, jął myśleć...Don Luciano, na tego mam zawsze czas... Ale co z tą bidulą zrobić? Dziewczę narowiste, jak ten fajtłapa królewicz nie wróci i nie odczaruje jej na czas, gotowa mnie na karku do ostatnich dni siedzieć i za skórę zaleźć. Co robić? Co robić?

Usiadł do swojej maszynerii tajemnej, w klawisze stukać począł, emiliana napisał do przyjaciela i enter był wcisnął. Przyjaciel ów, niejaki GURU wielką mądrością się odznaczał, życie znał jak nikt i na całym świecie mądrzejszego nie było. Miał on ogród wielki, w bogatą i rzadką roślinność przyozdobiony, a że serce równie wielkie dzielił się nią równie chętnie jak swą wiedzą tajemną. Wnet odpowiedź nadeszła szybka i krótka : Najlepsze są te rozwiązania, które są najprostsze. Do maila załącznik był, niejakim Nikonem poczyniona fota i podpis "Levisticum officinale". Czarnoksiężnik zadumał się nad słowami przyjaciela, skupił swe myśli : eureka!!! Pobiegł do swej pracowni, w kotle wody nagotował i jak nie lunie na solny posąg. Sól się roztopi i biedne dziewczę w końcu oswobodził. Że to ostatni dzień roku był i czas najwyższy by czary odczynić, staruszek napój magiczny przyrządził, ziele tajemne wsypał do niego i dziewczynę napoił. Dziewczynie oczy zabłysły, włos się rozwichrzył i poczęła brać sprawy w swoje ręce. Wnet nieopodal wieży powstała Agencja Towarzyska "Pod Czerwoną Latarenką", najlepsza w całej okolicy. Zaczęły do niej ściągać tłumy rycerstwa pierwszego sortu, nawet z krain obcych, bawiąc się, pijąc ku zgorszeniu pospólstwa. I tak powitało rok 2005.

Na to wszystko nadjechali nasi bohaterowie, królewicz i brat-klon. Jakież było rozczarowanie królewicza iż u boku swej lubej szczęścia nie zaznał. Pocieszał go brat bliźniak jak umiał najlepiej : tego kwiatu jest pół światu, jeszcze znajdziesz swoje szczęście, a teraz baw się i ciesz młodością, damę sobie wybierz a ona Cię w arkana miłości fizycznej wprowadzi...

Tak jedli, pili, bawili się aż im sił starczyło... Żyli tak sobie razem długo i szczęśliwie, dziewczę w adoratorach przebierając a królewicz w pannach jak w ulęgałkach.

Morał z bajki taki iż prawdziwych dziewic już nie ma, takoż rycerzy na białym koniu;-)

Koniec.

 

© pl.rec.ogrody      Oficjalna strona grupy: http://ogrody.agrosan.pl/witaj.html 

Napisali: Magdalena Bassett, Grzegorz Sapijaszko, Bogusław Radzimierski, Miłka, Marta Góra, Kuleczka, Michał Misiurewicz, Teresa, T.W., Kronopio

 Zebrał i przygotował: Jerzy Wierzchnicki